Luuubisz to

Popelina i perły – czyli o gustach się dyskutuje! (z Davidem Bowie w tle)

Muzyka to medium, które wspaniale oddaje uczucia i emocje. Robi to tak dobrze, że często staje się to jej przekleństwem. Bo nie wszystkie loty emocjonalne artystów (również tych z tzw. pierwszej ligi) bywają zawsze wartościowe, ciekawe, strawne oraz warte upublicznienia.

Ale zaraz, podobno o gustach się nie dyskutuje. Tak przynajmniej zapewnia doskonale znana, stara łacińska maksyma: De gustibus non est disputandum. Czyli jak to w końcu jest, można czy nie można o gustach dyskutować? Należy, czy nie należy? Otóż można i należy. A nawet trzeba. Twierdzę tak, bo słynna łacińska sentencja ma uzasadnienie tylko i wyłącznie w przypadku najprostszych, podstawowych konceptów. Rzeczywiście trudno bowiem powiedzieć, że – dla przykładu – kolor zielony jest ładniejszy od czerwonego. Albo, że jasne światło jest ciekawsze od mroku. Jednakże w przypadku bardziej złożonych konstrukcji, takich jak choćby utwór muzyczny, zasłanianie się różnorodnością gustów, jest po prostu nieuzasadnionym nadużyciem.

Bo czym tak naprawdę jest gust? Sięgając do źródłosłowu, łaciński gustus oznacza tyle co „kosztowanie, smak”. Logiczne jest zatem stwierdzenie, że czym więcej smaków poznajemy i czym dłużej ich kosztujemy, tym bardziej nasz gust się rozwija i zmienia. Z czasem, zyskujemy coraz więcej punktów odniesienia, zaczynamy rozumieć i doceniać interakcje między poszczególnymi składnikami smaków, a także złożoność i jakość całych kompozycji. Innymi słowy, nasz gust się wyrabia. Krytycznymi składowymi tego procesu są: ilość doświadczeń w danej dziedzinie, cierpliwość, dogłębność analizy, a także po prostu czas – lata kumulacji doświadczeń. I tak oto, podążając tą drogą, docieramy w końcu do punktu, w którym potrafimy zdystansować się od własnych preferencji, zdystansować się od własnego gustu. I dopiero wówczas jesteśmy zdolni ocenić właściwie. Zapoznając się z nowym dziełem, jesteśmy w stanie powiedzieć: „to nie moja bajka, nie mam i nie będę miał mrówek na plecach, ale obiektywnie to jest wartościowa, dobrze zrobiona rzecz, która może się podobać”. I analogicznie, z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że coś jest po prostu złe, słabe, kiepsko wykonane, miałkie lub wtórne.

W ten oto sposób wracamy do zagadnienia tytułowego, muzycznych pereł i popeliny. Choć oczywiście zdarzają się stany pośrednie czyli „mixy”, zwykle jesteśmy skłonni sytuować artystów po jednej lub drugiej stronie linii podziału. Przynajmniej w określonym okresie twórczości. Jest jednak taki, którego jednoznacznie zakwalifikować nie mogę. To król pereł i popeliny jednocześnie – to Dawid Bowie.

Świeżo po lekturze biografii tego artysty („Starman. Człowiek, który spadł na ziemię”, autorstwa Paula Trynki), zabrałem się za dogłębną analizę dyskografii. Największe hity z kilkudziesięcioletniej kariery Bowiego, zna każdy. Wiadomo. Ale przesłuchanie wszystkich płyt po kolei, od deski do deski, to zupełnie co innego. Do tej pory jestem w szoku. Bo Bowie to ikona. Heros, wymieniany jednym tchem z twórcami takimi jak The Beatles czy Presley. Tymczasem śmiem twierdzić, że człowiek ten nie nagrał ani jednej płyty, która trzymałaby poziom od początku do końca. Nawet przez te najwyżej oceniane, trudno przebrnąć do końca nie zadając sobie pytania jak można, w ramach jednej sesji, skomponować i nagrać tak żenujące, nieudane i niestrawne utwory obok tak wspaniałych? I nie mówimy tu o dysproporcji typu dobry utwór i trochę gorszy, tylko o sytuacji w stylu arcydzieło obok gniotu, którego trudno dosłuchać do końca. Próbowałem tłumaczyć to sobie w różny sposób: zabawą konwencją, chęcią eksperymentu, potrzebą poszukiwania, szerokim gustem i rozległymi zainteresowaniami… I oczywiście wszystkie te czynniki mają wpływ na obraz twórczości Bowiego, ale ciągle nie dają satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie jakim cudem jeden i ten sam artysta jest w stanie tworzyć muzyczną perłę i jednocześnie akceptować totalną mierność innego utworu, podkreślę to raz jeszcze, w ramach tej samej płyty (czyli szerzej: tego samego ciągu komponowania i nagrywania oraz ogólnie tego samego okresu w życiu).

W pierwszym odruchu pomyślałem, że po prostu nie rozumiem tych utworów, które mi się nie podobają, że coś przeoczyłem. Dałem sobie więc trochę czasu. Potem przyszła też kolej na odsłuch w gronie przyjaciół i na dyskusję. Ogólny obraz nie tylko się jednak nie zmienił, ale tylko jeszczesię wyostrzył. Bowie, obok pereł, robił też straszliwą popelinę i to w zasadzie przez cały okres swojej twórczości. Robił, a i tak zdołał wmówić wszystkim dookoła (w tym także szefom największych koncernów muzycznych), że jest geniuszem. I pewien sposób rzeczywiście nim był, jeśli pojawiają się wątpliwości czy muzycznie, to z pewnością był geniuszem marketingu. Jak rzadko kto potrafił tworzyć, promować i sprzedawać swój wizerunek.

I z pewnym takim, cokolwiek, niesmakiem wywołanym powyższym odkryciem, pozostałem. Dopiero jakiś czas później, olśniło mnie. Dlaczego w ogóle wymagałem od Bowiego, żeby był równy? Czym tak naprawdę jest geniusz i czym jest arydzieło? Wśród niezliczonej liczby twórców, których nazwiska na trwałe zapisały się w historii sztuki, panuje w tej kwestii zadziwiający konsensus. Analizując proces twórczy oraz okoliczności powstawania swoich największych dzieł, dochodzą do wniosku, że powstały one niejako poza nimi, bez ich większego udziału, po prostu z nich wypłynęły. Jak to zgrabnie ujął Leonard Cohen w jednej z swych najlepszych piosenek: „you loose your grip, a then you slip into the masterpiece” (czyli w wolnym tłumaczeniu: tracisz kontrolę i wtedy powstaje arcydzieło – utwór „A Thousand Kisses Deep”). I tak właśnie chyba działa geniusz, artysta pracuje, doskonali się i po prostu robi swoje, a od czasu do czasu w twórczym przebłysku łączy się z czymś większym niż on sam i wtedy powstaje perła. Jedni mają takich przebłysków więcej, inni mniej. Bowie miał ich i tak stosunkowo sporo, a reszta twórczości? Reszta w sumie nie ma znaczenia.

Warszawa, wrzesień 2013

Zdjęcia: 1

Tak. Korzystamy z ciasteczek w celach statystycznych. Na 90% nie przeczytasz treści tego komunikatu, ale jeżeli już to robisz to wiedz, że możesz wyłączyć ich obsługę w swojej przeglądarce. Więcej informacji o ciasteczkach